ODPOWIADAM NA WASZE PYTANIA czyli Natka podana na tacy ;-)

ODPOWIADAM NA WASZE PYTANIA czyli Natka podana na tacy ;-)

Jest prywata, nie ma cenzury. „Pytaj, o co chcesz!” – taką ankietę podsunęłam Wam jakiś czas temu. Dziś pierwsza część odpowiedzi.

 

Każda pani z polskiego wbijała do głowy, że wstęp musi być.
Tu będzie taki: dziękuję, uprzedzam i zachęcam!

Dziękuję – za Wasz czas i ciekawość 🙂
Uprzedzam – nie odpowiedziałam na wszystkie, bo post zrobiłby się niestrawnie długi.
Zachęcam – do pytania dalej. Czy to na FB, czy mailowo – natalia@runwithmum.pl.

Lecimy!

Jakie masz wady?

Zacznę od tego, że jest ich cały wór. Co gorsze, na każdą z nich mam potwierdzenie z otoczenia więc nie mogę się pocieszać, że to tylko mój samokrytycyzm 😉

Jestem awanturniczką. Gdy mnie dopada taki „atak” czuję się, jak postać z bajki. To ten motyw, gdy bohater robi się cały purpurowy i dymi mu z uszu, czy tam z nosa. Niestety rzucam często zbyt mocne słowa, których niemal od razu żałuję. A czasem, co gorsza, mam też ochotę ciskać przedmiotami. Teraz, mając N., mocno już to ograniczyłam. I nagle staje się jasne, skąd motywacja do treningów, gdzieś to musi ujść 😉

Bałaganię. Choćbym sprzątała w szafie co dwa dni, wystarczy jeden poranek pełen chaosu (który przy wybuchowym temperamencie N. jest praktycznie normą 😉 i wszystko jest wymieszane. Dobija mnie to tym bardziej, że szafa mojego P., naprzeciwko, jest jak z rozkładówki z katalogu IKEA!

Mam totalne wahania nastrojów, a że jestem ekstrawertyczką, wszystko od razu z siebie wypluwam, dołując przy okazji swoje otoczenie. To ten klimat, gdy absolutnie każda rzecz jest TOTALNIE bez sensu, rzucam WSZYSTKO, NIC się nie uda i pozostaje tylko powoli umierać. Tak to przedstawiam. Często obrywa się niestety mojemu mężowi, który ceni sobie stabilne życie, do którego doszliśmy, a ja wciąż mu rujnuję tę radość nudząc dramatycznie, że to powolne umieranie ;-))

Jestem oślo uparta. W sporcie to przydatne, ale w obcowaniu ze mną jest podobno koszmarkiem 😉 Najmocniej odczuwa to, stety-niestety, rodzina. Znajomi mają taryfę ulgową, inaczej dawno by się już wypisali z klubu 😀

Mogłabym tak dłuuugo. Bo na ten przykład: jestem totalnie niezdecydowana. Chcę zbyt wielu rzeczy i zwykle nie wiem, czego chcę, ale wiem, czego nie chcę. Zodiakalna Waga, taka wypisz-wymaluj. Bywam egoistką, gdy zbyt mocno się na coś zafiksuję, idę jak z klapkami na oczach myśląc tylko o tym. Nigdy nie wyrzucam śmieci, wydaję za dużo pieniędzy i zawsze jestem szczerze zaskoczona, na co, nie mam w sobie ani mikroskopijnej żyłki przedsiębiorczości, łatwo mnie wyrolować.

No to podałam się jak na tacy. Możecie atakować w słabe miejsca 😉

Gdzie pracujesz?

Mam opór przed opowiadaniem o tym, choć na upartego wystarczą dwa kliknięcia i Google wie 😉 Blog i tak dużo odsłania, więc o pracy tu po prostu nie wspominam poza tym, że jest. Mogę Wam powiedzieć, że z okna mam rewelacyjną panoramę na Warszawę i pracuję w trade marketingu w branży FMCG dla firmy, którą na pewno znacie. Jest bardzo intensywnie. To ten typ pracy, gdzie codziennie przysypuje cię mnóstwo maili, biegasz po spotkaniach, a lista zadań błaga o litość 🙂 Nagroda jest taka, że pracuję na bardzo znanych markach, dla dużych klientów i nie ma tu rutyny, o nie.

Czy robisz koronę maratonów?

Zdecydowanie nie! Pewnie sporo z Was ma odmienne zdanie na jej temat, ale dla mnie to nie ma większego sensu. Tak jak każdy, nie mam czasu 😉 zwłaszcza, że moja mała zasypia o 22. I dlatego właśnie idę w bieganiu na jakość, a nie ilość. W każdym aspekcie. Korona jest dla mnie pójściem na ilość. Nie ma opcji, żeby przebiec 5 maratonów w roku i robić je wszystkie na maksa. Dlatego własnie biegam po dwa, przechodząc standardowy cykl treningowy i dając na nich z siebie tyle, ile mogę. Turystyczne maratony mnie póki co nie interesują, a żeby zrobić pełną koronę, to prędzej czy później któryś start biegnie się dużo poniżej możliwości.

Aaa, i jeszcze jeden powód – tyle jest świetnych miejsc do biegania, że wolę się nie ograniczać do tych z listy.

Czy planujecie więcej dzieci?

Będę z Wami szczera: w przyszłości tak, ale od dłuższego czasu (i póki co) nie jest to możliwe – powiedzmy, że trochę to u mnie skomplikowane. Mocno jednak liczę na to, że mała N. nie będzie wieczną jedynaczką 🙂

Nie masz czasem ochoty rzucić tego całego blogowania? Masz chwile zwątpienia?

O pewnie, rzucam to średnio raz w tygodniu! Blogowanie jest totalnie czasochłonne. Zwłaszcza w kwestiach techniczno-informatycznych, których na zewnątrz nie widać. Zaliczyłam niezliczoną ilość godzin próbując zrozumieć WordPressa, mechanizmy pozycjonowania, przeróżne niuanse ustawień. To jest szalenie ciekawe, mogłabym się zakopać po uszy, ale gdy dorwę już chwilę, idzie ona na teksty i kontakt z Wami. Tym sposobem mój blog totalnie kuleje marketingowo. Podczas gdy inne, sprawnie promowane, wystrzeliły do góry, mój rozwija się organicznie. Powoli.

Gdy porównam, jak daleko doskoczyli inni dzięki dobrej promocji, przychodzi chwila zwątpienia nr 1.
Chwila Zwątpienia nr 2 – gdy wkładam w tekst dużo pracy, a z jakiegoś powodu Facebook pokazuje go tylko 400 osobom, które na dodatek od razu się w niego wklikają lub go nie skomentują, co automatycznie zabija post na newsfeedzie. Tak to działa. Brak reakcji, brak komentarzy – potrafi zabić kilka godzin pracy blogera w kilkanaście minut. Tekst tonie w morzu innych i – FINITO! Pisz kolejny, człowieku, albo zmądrzej i rzuć to w cholerę! 😉

Chwila Zwątpienia nr 3 – gdy milczycie. Jasne, że widzę Was w cyferkach na Google Analytics, ale nie o to przecież chodzi! Są takie okresy, gdy zasypujecie mnie wiadomościami o tym, że w czymś udało mi się Wam pomóc, że coś się przydało, spodobało itd. Dla blogera to paliwo. A gdy jedzie na oparach… pisze się w pustkę. A przynajmniej takie ma się wrażenie. Dlatego serio – jeśli kiedykolwiek ja (lub inny bloger!) sprawiłam „coś dobrego” swoim tekstem – daj znać. Udostępnij. Napisz. Skomentuj. Kliknij. Tak to tutaj działa. Im więcej z Was reaguje na treść, tym większej ilości osób się ona pokazuje. 

I tym mniej mam Chwil Zwątpienia 🙂

Czasem wstaję rano i mam ochotę popukać się w głowę. Po co to robię? Mogłabym przesunąć ten czas (OGROM czasu) na inne przyjemności lub coś opłacalnego, dzięki czemu spełniłabym więcej swoich marzeń. Sama nie wiem, o co chodzi, ale…nie umiem. Mam tak silną, wewnętrzną potrzebę blogowania, że mocno się jej trzymam. Czuję, że wyniknie z niego coś dobrego 🙂

O czym byłaby Twoja książka?

…na przykład książka 🙂
Wiecie, dlaczego jeszcze jej nie piszę, choć to moje top marzenie od kiedy skończyłam 5 lat?

Właśnie dlatego, że nie zdecydowałam się na temat. Taki, któremu oddałabym się na setki (tysiące?) godzin. Stąd blog. To też taka pisarska wprawka, przedsionek do książki. Napiszę ją, gdy wreszcie zgłębię tajniki marketingu internetowego, będzie Was więcej, a ja poczuję, że kiedy wydam książkę, to ktoś – poza moją rodziną! – ją kupi. Żeby było jeszcze trudniej, wciąż się waham. Kręci mnie zbyt wiele rzeczy. Czasem mam ochotę na książkę non-fiction, czasem – totalnie zmyśloną historię, która, w moich marzeniach na jawie, nie pozwala ludziom się odłożyć nawet, gdy jest bardzo późno 😉

Jedno wiem. Muszę ją napisać! To jedyna rzecz o sobie samej, którą wiem niezmiennie od dzieciaka i pierwszego zeszytu z 16kartkami 🙂 Dojrzewam do tego. Szkoda, że tak powoli!


Skok w bok: Nie napiszę bestsellera.


Tyle na dziś, wybiła 7:00 rano i ktoś tu musi zrobić śniadanie 🙂 Pamiętajcie, że zawsze możecie do mnie napisać na natalia@runwithmum.pl

Dzięki i cześć!


  • Skoro książka jest Twoim top marzeniem od tylu lat to fajnie,gdyby kiedyś powstała. Takie duże marzenie warto zrealizować. Myślę,że to dobrze,że tak powoli do tego dojrzewasz. Dojrzewanie (do czegokolwiek) raczej jest powolnym procesem. Gdyby nastąpiło to za szybko byłoby nienaturalne. A po takim naturalnym dojrzewaniu efekt powinien być mocno zadowalający. Pozdrawiam 😉