LEKKA REDUKCJA. Tydzień nr 3, -2kg i nowe wnioski :)

LEKKA REDUKCJA. Tydzień nr 3, -2kg i nowe wnioski :)

Idę z N. Niosę jej rower, a ona kubek z czekoladowymi lodami. „Mama, a czemu nie chciałaś loda?” – pyta.Uwielbiam je, uwielbiam właśnie TE, ale ćwiczę silną wolę i odpowiadam jej: „Chciałam, ale nie mogę. Gdy się je baaaardzo dużo lodów, rośnie brzuszek”. „Ja cię nauczę, jak być mała i mieć mały brzuszek” – mówi, ale potem jest taka zajęta, że nauk nie odebrałam 😉 Toteż trwam uparcie w dietetycznym postanowieniu, tańczę rano po basenie przy garnkach i taszczę ze sobą „chorą ilość pudełek”, jak skwitował znajomy 🙂

 

Czy to ma sens? Nie wiem, ale wkręciłam się w nowy sposób jedzenia i póki co nie zamierzam rezygnować, choć z lekką paniką myślę o perspektywie dwóch tygodni wakacji. Czy się nie rozbestwię? 😉

Dziś wrzucam Wam drugi odcinek  dietetycznego raportu, odpowiadając w nim przy okazji na wiadomości, które do mnie piszecie.


Myślisz o lekkiej  redukcji? Tu poczytasz o moich założeniach, a tu – o pierwszych wrażeniach i postępach.


Efekty? Minęło 2,5 tygodnia, jestem do tyłu o 2kg. I dużo, i mało – pytanie, z czego one zleciały (tego jeszcze nie sprawdzałam, liczę na to, że z wody w ogóle lub minimalnie) i na ile się utrzymają. Trenuje mi się dobrze, odbiłam się z dołka formy i wrócił optymizm. No, chyba, że są takie momenty jak ten z lodami, gdy moje zakochane w nich serce wyrywa się rozpaczliwie i krzyczy „czemu ty jesteś taka uparta, dziewczyno, gdzie twój instynkt lodożercy?!”

(NIE) CIERPLIWOŚĆ

 

Chcemy efektów, ale zaraz-już! Przy redukcji włazimy codziennie na wagę i wściekamy się, gdy pokazuje to, co wczoraj. O tym, że nie ma to większego sensu nie ma też większego sensu pisać 😉 Ale rozumiem niecierpliwość i to, jaką robi dużą (i złą) robotę w zrzucaniu wagi czy zmianie jakichkolwiek przyzwyczajeń.

Jestem z natury niecierpliwa, na dodatek wybiórczo okrutnie leniwa i dlatego zabawa w powolną redukcję kosztuje mnie sporo samozaparcia. Zwłaszcza, że w tym tygodniu nie widzę większych zmian na wadze, a wiadome, jak magiczną moc mają niższe cyferki 😉

Co mi pomaga?

– skoro już coś postanowiłam, trzymam się tego i nie zadręczam się wątpliwościami. Jeśli za kilka tygodni nie będę tam, gdzie chcę być, zmienię oczywiście strategię, ale póki co – sorry, tak postanowiłam i tak robię 🙂
nie porównuję się do innych – i TAK, odrzucam od siebie myśl, że mój mąż co rusz podjadając i pilnując się diety tyle-o-ile zrzucił 5kg w tym samym czasie, co ja 2 – wredzioch 😉
nastawiam się na zmianę długofalową, a nie szybkie efekty (=jeszcze szybsze jojo)

 

 

PROSTO I SZYBKO

 

Pytania o organizację pojawiają się najczęściej, a ja nigdy nie mam dla Was dobrej odpowiedzi, bo…tutaj nie ma cudów, podobnie jak w treningu. Skoro wiem, że moja doba ma 24h, z czego jakąś część wypadałoby przespać, spędzam 9h w pracy i dojazdach do niej, a moje dziecko zasypia po 22 – sprawa jest jasna. Albo z czegoś zrezygnuję / zrobię po łebkach, albo się zajadę.

Dlatego działam tak:

– w weekend tworzę menu na cały tydzień i od razu przeklepuję, co trzeba do listy zakupów.

Specjalnie dla Was przeniosłam swoje notatki z excela/grozmoły z zeszytu na tabele, które możecie sobie wydrukować. Niech Wam służą! 🙂

Plan posiłków: grafika | excel
Lista zakupów: grafika | excel

 


– codziennie wstaję wcześniej, niż cała rodzina, idę zazwyczaj na basen, a potem szybko szykuję śniadanie, drugie śniadanie i drugi obiad (tak, dalej jem dwa obiady 🙂  ) – czasem mam dwa takie same posiłki, czyli obiad nr 1 = obiad nr 2, a czasem robimy po dwie opcje na dwa dni i rozdzielamy je
– wszystko, co wrzucam do menu jest superproste i nie wymaga większych przygotowań
– część rzeczy robię na zapas, np. nutellę przedtreningową czy granolę
– część rzeczy szykuję już wieczorem, czyli np. prażę pestki dyni, namaczam płatki owsiane lub ciecierzycę
planuję dania tak, żeby wykorzystywać owoce/warzywa sezonowe, łatwo dostępne
– jeśli kupuję np. worek bobu, to jednego dnia uparuję go do obiadu, a drugiego – ugotuję na sałatkę
– w przygotowywanie jednego posiłku zaangażowałam męża 🙂  daję mu proste i szybkie przepisy jako gotowce, podąża za instrukcją i nie narzeka – często robimy oczywiście na dwa dni
łączę przyjemności, bo dzień bez takich to dla mnie dzień stracony, a nigdy nie byłam fanką stania w kuchni 🙂 dlatego co wieczór czytam książkę przy usypianiu małej (najpierw jej bajki, potem moja, czytana jej na głos), gotując słucham podcastów lub obmyślam teksty na bloga.


O tym, jak podcasty i audiobooki zmieniły moje treningi, spędzanie czasu, a nawet w jakiś sposób życie – poczytasz tutaj 🙂



JEM, ŻEBY LEPIEJ TRENOWAĆ I TRENUJĘ, ŻEBY WIĘCEJ JEŚĆ 🙂

 

Cała ta zabawa w redukcję ma jeden, główny cel (choć drugie dno, ale o nim na razie nie napiszę 🙂  ) – szybsze bieganie.
Ale dzięki temu, że moje menu różni się w zależności od pory i intensywności treningów….więcej trenuję 😉 Wiem, że jeśli pójdę na poranny trening, to będę mogła zacząć dzień od pysznego kremu daktylowego, a po ćwiczeniach zjem jaglankę/owsiankę czy ryż na śniadanie (nie jem ich w dni nietreningowe). Wiem też, że gdy mam trening w ciągu dnia, to poza standardowymi posiłkami pojawiają się też przekąski okołotreningowe 🙂  I to działa, bo moja motywacja do pływania wystrzeliła w kosmos – raz, że czasami widuję się z trenerem, a dwa – poranne pływanie = słodkie śniadanie, a to niestety mój ulubiony smak i torturuję samą siebie przygotowując rodzinie muffinki czy serwując lody 😉

ZDROWE POD KONTROLĄ

 

Widzę duży sens w tym, że ograniczam produkty – nawet zdrowe, które jadłam wcześniej raczej w nadmiarze. Mam podane gramatury, ale po tych niecałych trzech tygodniach większość produktów umiem już wyważyć na wyczucie. I tak właśnie: ograniczyłam ilość orzechów, owoców suszonych i świeżych vs. to, jak jadłam wcześniej; nie jem żadnej mąki (nawet tych zdrowych – choć do nich będę chciała wrócić; inaczej wszystko mi się przeterminuje 😉 ) i nie podjadam między posiłkami, co kosztuje mnie chyba nadal najwięcej silnej woli 😉

Dzięki tym ograniczeniom i większej ilości białka nie czuję głodu i rzadko mam szaloną ochotę na cokolwiek 🙂

Co dalej?

Nic nie modyfikuję. A jednocześnie zakopuję się po uszy w tym temacie i interesuje mnie jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej 🙂  Już czuję, że lżej mi się biega (OK, to może być też kwestia psychiki, ale ona ma przecież wielkie znaczenie!). Ale przede wszystkim dobrze mi działa na głowę, że jem teraz bardzo świadomie i rozumiem, jak działa na mnie danie, które kładę na talerz. To podbija mój upór, a on – pozwala uśmiechnąć się do sprzedawcy lodów i powiedzieć, że chwilowo zrobiłam sobie od nich przerwę 🙂

A jak mi się znudzi i dopadnie mnie niechciej – zawsze mogę zagadać do Nadii i poprosić ją o to obiecane przeszkolenie z bycia małym dzieckiem z małym brzuchem 😉

Ciąg dalszy nastąpi!