KIEDYŚ DOROŚNIE

KIEDYŚ DOROŚNIE

Wredzioch robi to, co zwykle – podjeżdża, gdy jestem zbyt daleko, by dojść do niego jak człowiek, lecz zbyt blisko, by odpuścić pogoń. Cisnę więc, w zdecydowanie-nie-biegowych butach, myśląc, jak komiczny to widok dla tych w środku autobusu. Yeeeah. Jestem! Biorę głęboki wdechwydech pod szalikiem i wyciągam czytadło, balansując na jednej nodze, bo tak szarpie. Już po chwili orientuję się, że książka mi robi tylko za zasłonę. Bo nie dość, że kogoś podglądam, to jeszcze podsłuchuję!

Udaję zaczytaną.
Ale wzrok mi podjeżdża wysoko ponad górne linijki. A co; mogę, bo w autobusie wszystko działa trochę dziwacznie, nieznajomi ludzie są zbyt blisko, a skubaniec jedzie szybko, gdy ma się dobrą książkę i za wolno, gdy się człowiek spieszy się do pracy.

Wróćmy do NIEJ.
Siedzi na wyciągnięcie ręki i nadaje przez telefon, ma może 20 lat i w sobie coś takiego, co mnie zmienia w podglądaczkę.
„To te oczy!” – diagnozuję w duchu –„ten sam kolor, co małej N., takie węgielki.”

Puszka toczy się po ulicy stolicy, wracam do czytania…

…ale litery jakieś takie nieskładne, nie robią się z nich słowa, bo już mi myśli zwiały do tej pasażerki.

Dalej coś trajkocze, ale kulturalnie, nie za głośno, a ja nagle jak w jakimś filmie zaliczam mentalną teleportację czy inne cuda. Spooko, nikt nie zauważył, ciśniemy się jak sardynki wiezione po nocy, obojętne totalnie na swe towarzystwo. Tyle, że ja nie jestem już roztrzepaną i początkującą mamą dwulatki, lecz ogarniętą mamą dwudziestolatki. Tak mi się to wkręciło, a winne tu były tylko „czarne oczy” i widać nie ma przypadku w tym, że w piosence stały się hiciorem.

„A gdyby to była moja córka, dziesięć razy starsza, niż jest teraz? – wkręca mi się myśl i za nią idę.

Włosy ma długie i widać, że się plączą. Pewnie szarpie je rano przed lustrem grzebieniem i się wnerwia: „Jaaak ja ich nienawidzę! Maaatko, beznadziejnie dziś wyglądam!”.

Szalik cienki. Ludzie, właściwie jaki szalik, to tylko chusta, taka, jaką jesienią zawijam na szyi bardziej dla ozdoby, niż od chłodu! Zmarznie. To jest pewne. Dobrze, że chociaż ma czapkę; rzuciła ją na wielki plecak, który trzyma między nogami, żeby się nie potoczył po autobusie.

Rozmawia.

– Mamo, przyjadę jednak jutro. Dalej nie znalazłam tego mieszkania, jadę jeszcze oglądać…. – cooo? O kochana, o tej porze? …myślę wścibsko, choć szczerze. Gdzie ona  będzie tak po nocy krążyć? Z tym wielkim plecakiem, do obcych ludzi i tak…SAMA?! Gdzie będzie spać? Czy zna miasto? Wsiadła do dobrego autobusu? Nie przegapi przystanku, skoro ciemno, a ona przez telefon nawija i nawet za okno nie patrzy, czy to już jej wysiadka…?

– Nie nie, na koncert pójdę. – słyszę urywki i znów kukam zza książki. Muszę przyznać, że z oczu jej mądrze patrzy, wesoło, ale nie podlotkowo. Jest naturalnie ładna, umalowana, nie wymalowana. Uśmiecham się do kartek i przyszłości. Fajna ta „moja” studentka.

Właśnie wpada w długi monolog, a ja go chcąc-nie chcąc słucham i jestem jak ta kukiełka na dwóch sznurkach, raz w jedną, raz w drugą stronę mną szarpie:
…pójdzie spać do znajomej – ufff, dobrze, że nie do znajomego!
…ale będzie też Patryk – kto? Skąd się znają? Ważny on, czy nieważny? Porządny? Do pogadania czy podrywania? Aaa!
…pieniędzy nie potrzebuje, ma jeszcze, dziękuje – zaradna dziewczynka, tak sobie w tym obcym mieście dobrze radzi, sama mieszkania szuka, na ten plecak nie narzeka, tylko wsiadła w autobus i jedzie po swoje, może przyszłe 4 kąty…

Patrzy kontrolnie w bok, przez okno. Widzę kolczyk, i to wysoko, tam gdzie boli – wiem, bo sama sobie przecież zrobiłam. Do dziś się nie zrosło, pamiątka po szybszym niż teraz w życiu.
Bolało ją to przebijanie?
Co za myśl absurdalna. Pewnie, że jako dwulatka płacze co rusz, z byle powodu, bo piosenka się skończyła, bo rajstopki mają być czerwone… Ale teraz jest twardsza. Odważna. Może zacisnęła zęby, ale płakać? Nie płakała wręcz na pewno!

Rozłącza się. Ma dać znać po mieszkaniowych oględzinach.
Jedzie, dalej uśmiechnięta. Może na myśl o tym, jaka już jest dorosła, jak sobie radzi.
A może…bo nie wie, czy sobie poradzi i tym uśmiechem samej sobie kibicuje.
Albo uśmiecha się do koncertu. Bilet czeka w plecaku, włosy sobie potarga jeszcze bardziej od machania głową pod sceną.
Albo to uśmiech bez powodu, z beztroski. Lekkości ducha. Do Patryka. Do mamy. Do nikogo.

Orientuje się, że na nią patrzę i uśmiecha się też do mnie. Robię to samo, niespeszona, bo dalej tkwię w tym dziwnym „ślizgu” do przyszłości.

Podmieniają mi się w głowie kapcie z kokardką ze żłobka na glany studentki.
Getry z wróżką na jeansy z dziurą (…kochaaana, a na dworze -1….!)
Kakao na kolację z winem na koncercie.
Plecaczek na plecak.
Mama blisko na mamę daleko.
Takie tam, wszystko mi się podmienia, taki ciemnooki żart, taka migawka.

Wypadam z autobusu tak, jak do niego wpadłam – w ostatniej chwili. I wkładam zakładkę dokładnie tam, gdzie ją wyjęłam cztery przystanki temu. Czas mi minął. Wsadzam książkę do torby, żeby nie zmokła od naparzającego śniegodeszczu. Autobus giba się i sapie, odjeżdża ciężko. Widzę jeszcze tylko, jak dziewczyna wyciąga coś do czytania i kartkuje. Trochę jeszcze pojedzie, gdzieś tam w miasto.

Pukam niedługo później do własnych drzwi, ktoś się szamoce przy zamku, kto? Wiadomo!
Humor ma dobry, nawija od progu, że małpka, że malowanie, że niezdlowy serek z dinozaurem i dużo innych.

A potem siedzi przy kolacji z kokardą na głowie i mi deklaruje:
– Zjem jajo, jak dolosnę!

Miśku, niech ten czas bez jajecznicy długo, dłuuuugo trwa :-*