Wszystko zaczyna się od pomysłu! A ten nazywa się RUN500+
(choć bardzo kombinowałam, żeby było to RUN1000, ale wolałam coś, co mogłabym zaliczyć wcześniej niż 80 rok życia 😉 ). Początkowo plan był on tylko mój, schowany w głowie, ale przecież lubimy te same rzeczy i może Wam też wyda się genialny w swej prostocie 😉

O co chodzi?

 

Chcę pobiegać w conajmniej 500 różnych miejscach!

 

ALE PO CO?

Bo choć kocham kręcić 400setki na bieżni na Agrykoli i mam swoją standardową pętlę 10km, na którą wchodzę prosto z domu, to drażni mnie rutyna. Dni, które są identyczne, zlewają mi się w całość i od razu mnie „przymulają” 😉 Powiedzcie plisss, że nie jestem dziwakiem i macie to samo, ok? 🙂

Nowości działają na człowieka ożywczo, poprawiają humor, poszerzają perspektywę, inspirują i zwiększają odwagę. Jednocześnie ciężko o nie, gdy ma się pracę na etacie i rutynę wokół dziecka – zwłaszcza malutkiego. Poza tym mózg, cwaniak, przyzwyczaja się do pewnych rzeczy i robi je automatycznie – dlatego, nie stymulowany, rzadko podpowie: „ejj, może dzisiaj inna traska biegowa, co?” tylko raczej pokieruje, na autopilocie, na dokładnie tę samą, biegową pętlę, na której zna się każdy krzak. O nieee!

CO ZNACZĄ DOKŁADNIE „RÓŻNE MIEJSCA”?

 

Oczywiście, że najchętniej byłyby to nowe kraje – niestety pozwolić sobie na to nijak nie mogę (choć gdyby ktoś z szanownych, szalonych sponsorów zechciał mnie wesprzeć w takim pomyśle – już się pakujemy! ).

Oczywiście kraje też na moją listę wpadną; w tym roku byliśmy póki co w Anglii, na Malcie, w Norwegii, Czechach i Niemczech.

Ale – to będą też – zwłaszcza!-  miejsca w Polsce, która serio jest biegową mekką. Plaże, jeziora, lasy, góry, duże miasta, wsie, morze, góry, niziny, to wszystko można obiegać, odkryć na nowo i totalnie się zakochać, a potem wrzucić na swoją listę 🙂

choćby dla takich fotek warto biegać 🙂

Odkąd urodziła się mała, wpadłam w wir organizowania wyjazdowych weekendów, które byłyby:

a) w nowe miejsca
b) dostępne samochodem
c) ciekawe dla mojego P. i N.
d) atrakcyjne biegowo 🙂
Czasem łączę je z zawodami, czasem jest to wyjazd taki „po prostu”. Poszedł w ruch namiot, który póki co wykorzystywaliśmy tylko do wyjazdów wspinaczkowych. Mała przywykła już, że w piątek wieczorem czeka ją zwykle nocna teleportacja w inne miejsce 🙂

I jeszcze jedno odnośnie miejsc, które sobie „zaliczam” – te w moim mieście. Inny park, dzielnica, lasek, inna część puszczy Kampinoskiej. Podobnie robię w rodzinnych Tychach. Gdy biegałam jeszcze z N. w wózku, wsiadałyśmy w auto lub autobus, żeby potrenować gdzieś indziej, niż po ładnej, ale znanej nam już dobrze trasie.

Póki co uzbierałam 90 miejsc i 12 krajów 🙂 

Szczerze – spodziewałam się nieco więcej i na pewno coś pominęłam, ale tyle załadowałam sobie do aplikacji i mam mocne postanowienie, żeby zbierać kolejne, aż dobiję do 500tki 🙂

Miejsca zliczałam aplikacją „Visited”.

A PO CO CI O TYM PISZĘ? 🙂

Bo dobrze wiem, co oznacza pakowanie dziecka po to, żeby wyjechać na zaledwie 2-3 dni! I czasem, prasując kolejne ciuszki i dopychając torbę przeklinam ten pomysł mówiąc: „nigdy więcej”.

Ale wiem też, jak mobilizująco działają tego typu wyzwania, więc może skonstruujesz swoje? Albo już je masz?

RUN500+ jest tylko przykładem. To może być wyzwanie, by zobaczyć 5 różnych regionów Polski, przejechać rowerem X km w nowych miejscach, co drugi weekend pójść w nowe miejsce, niekoniecznie za duże pieniądze.

Ważna jest idea: zbieranie nowych doświadczeń i małych przeżyć, które zbierają się na dobre życie, jakkolwiek wzniośle by to nie brzmiało 🙂